Contax RX

Contax, mimo, że na długo przed Canonem, czy Nikonem, a równolegle z Kodakiem zaproponował pełnoklatkowy aparat cyfrowy, jest jedną z ofiar cyfrowej rewolucji. Losy marki były burzliwe. Pojawiła się jako nazwa aparatów małoobrazkowych produkowanych przez Zeissa od lat trzydziestych dwudziestego wieku jako alternatywa dla Leici i szybko zyskała szeroką rzeszę zwolenników. Konstrukcje były dopracowane, wykonane z wysokiej jakości materiałów. Czas jednak mijał, a Contax stał w miejscu, Świat chciał lustrzanek. Próba ratowania sytuacji w postaci Contarexa nie powiodła się, aparat był za drogi, strasznie ciężki (sam korpus ważył 1200 gram!), skomplikowany. Spowodowało to, że nie był w stanie zagrozić pozycji Nikona F. W Stuttgarcie potrzebowano aż dziesięć lat, aby zrozumieć, że sytuację może uratować tylko mariaż z Japończykami.

W 1975 światło dzienne zobaczył nowy aparat, będący mechanicznie i elektronicznie dziełem profesora Katsuiko Sugayai, wizualnie zaś studia Porshe, RTS (Real Time System). Bardzo dobrze przyjęty przez profesjonalistów, do których był adresowany, walnie przyczynił się do rozwoju systemu z bagnetem C/Y w ramach, którego w sumie powstało 13 modeli lustrzanek Contaxa. Wiele z nich stało się legendami. W międzyczasie Yashica została przejęta przez koncern Kyocera, ale pozycja marki wyglądała, pozornie, niezagrożona i mimo, że nie byli w stanie stanąć do bezpośredniego starcia z Canonem czy Nikonem, sprzedaż była na stabilnym i przewidywalnym poziomie. Równolegle z lustrzankami małoobrazkowymi pojawił się modularny system średnioformatowy, do dziś uważany za jeden z bardziej udanych, dalmierze-niedalmierze serii G, a nawet, małpki. Wszystkie cechowały się świetnymi materiałami, wykonaniem i rewelacyjną optyką Zeissa. Nie obyło się bez wpadek, jak słynny Slip-mirror, ale nazwa Contax kojarzyła się, może nie z tanim, ale na pewno solidnym sprzętem.

Wygląda, że jak to nie raz w historii tej branży bywało podjęto w pewnym momencie kilka błędnych decyzji. Pierwszą z nich była rezygnacja z autofokusa. Tłumaczono to faktem, że zmniejszyłoby to sztywność konstrukcji obiektywu obniżając jakość obrazu. Kiedy zorientowano się, że jednak mógł to być błąd próbowano go naprawić. Niestety wybrano dziwną metodę. Przedstawiono nowy model – Contax’a AX, który ostrzył zmieniając położenie płaszczyzny filmu. Konstrukcja była skomplikowana, a sam aparat nieporęczny. Rynek źle przyjął taki wynalazek. Sytuację miał uratować model N1 z prawdziwym autofokusem. Oznaczało to również nowy bagnet, ergo nowy system (na dokładkę bez zgodności wstecz z poprzednimi modelami). Jednak było już za późno. Na dokładkę problemem była mała ilość dostępnych szkieł, wolne silniki autofokusa i ich wysoka cena.

I to pewnie koniec historii, bo w 2005 zaprzestano produkcji Contaxów. Szkoda.

Po tym przydługim wstępie przejdźmy jednak do głównego bohatera dzisiejszego wpisu. W 1994 roku zaprezentowano mniejszego brata profesjonalnego RTS Mark III – model RX. Aparat jest stosunkowo duży i względnie ciężki, bo waży aż 810 gram. Na próżno można w nim szukać tanich plastików, całość jest metalowa pomalowana wysokiej jakości lakierem. Materiały użyte do produkcji są niewątpliwie z najwyższej półki. Ergonomicznie jest to prawdziwe cudo, wszystko tam gdzie potrzeba. Każde pokrętło umiejscowione dokładnie tak jak być powinno. Ilość dostępnych funkcji jest pokaźna, ale skorzystanie z nich jest bezproblemowe. 

Jest to oczywiście konstrukcja typowa dla czasu, w którym powstała i obok genialnej mechaniki mamy również sporo elektroniki. Całość zasila bateria 2CR5, która, na szczęście, starcza na kilkadziesiąt filmów.

Z funkcji oferowanych do dyspozycji fotografujący ma pełen zestaw programów (Av, Tv, P), bardzo precyzyjny pomiar światła zarówno centralny jak i punktowy (co więcej aparat sugeruje kiedy powinniśmy skorzystać z tego drugiego), bracketing, korekcję ekspozycji, podgląd głębi i zapis (między klatkami) daty lub czasu wykonania zdjęcia. Całości dopełnia cudo na patyku, które przy tak nieprawdopodobnie jasnej i kontrastowej matówce wydaje mi się zbędne, w postaci elektronicznego asystenta fokusa i głębi ostrości.

Praca tym aparatem to prawdziwa przyjemność, można uzyskać swego rodzaju transparentność sprzętu, dzięki czemu myśli się o zdjęciu, kadrze, a nie o samej stronie technicznej zadania. Szkoda, że wielu współczesnym konstrukcjom brakuje tej cechy. Jeżeli komuś bawiącemu się w fotografię analogową nie zależy na autofokusie, chce popracować na doskonałej optyce, a nie chce, albo nie może, pozwolić sobie na inwestycję w Leicę, czy nawet Zeissa Ikona (lub nie przepada za dalmierzami), to jest to niewątpliwie dobry wybór.

Na koniec krótkie zestawienie parametrów:

  • bagnet C/Y (Contax/Yashica)
  • waga: 810 gram
  • wymiary: 151×104,5×59 milimetrów
  • migawka sterowana elektronicznie, metalowa o przebiegu pionowym o czasach od 16 do 1/4000 sekundy oraz B i X
  • pomiar centralny ważony i punktowy w zakresie odpowiednio 1-20EV i 5-20EV
  • korekcja ekspozycji w zakresie +/- 2EV
  • wizjer o pokryciu 95%, powiększeniu 0,8x, korekcją wady wzroku i wbudowaną zasłoną
  • naciąg silnikiem
  • obsługa lamp TTL
  • samowyzwalacz
  • wielokrotna ekspozycja
  • Bardzo fajny artykuł. A tan aparacik mi się marzył jeszcze w czasach świetności filmu.

  • Bardzo fajny tekst! Zachęcił mnie do odkurzenia mojego RX, przypomniałem sobie jaka to przyjemność 🙂
    Z praktyki: aparat lepiej leży w ręce z większymi szkłami (np. 85 1,4), z małymi trochę ciąży sam korpus.
    Pozdrawiam!

  • Przez bardzo krótki czas miałem ten aparat. Wspaniałe uczucie wykonania!

  • Ja do dzisiaj mam i ciągle używam Contaxa G2 aczkowliek RX nigdy nie miałem okazji przetestować

  • Pingback: Pocztówki z Japonii XXVIII | stegierski.com()

  • Pingback: X-Transformer • stegierski.com()