Mały chemik…

Właśnie jestem po lekturze dwóch pozycji, które mają ciemnie w nazwie, ale bynajmniej nie są kursem wołania filmów, czy pracy przy tworzeniu odbitek.
Po pierwszą z nich sięgnąłem ze bardzo prostego powodu. Jest to prawdopodobnie najpełniejsze kompendium poświęcone chemii używanej w ciemni fotograficznej. W Polsce niewątpliwie mniej znana niż na Świecie, co zapewne spowodowane zostało tak jej anglojęzycznością i stosunkowo wysoką ceną, jak i pokutującym w narodzie przekonaniu, że Rodinal jest dobry na wszystko. Jak sam tytuł wskazuje jest to rodzaj książki kucharskiej. Znaleźć w niej można blisko czterysta stron receptur umożliwiających samodzielne złożenie wywoływaczy tak negatywowych, jak i pozytywowych, utrwalaczy, tonerów, reduktorów. Całość w bardzo profesjonalny sposób uzupełniona o wiedzę konieczną do zrozumienia jak opisane „zupki” działają oraz sugerowany punkt startu do własnych eksperymentów czy standaryzacji procesu.
Pojawić się może pytanie po co to komu, skoro można gotowe produkty otrzymać bez większych problemów. Przesłanek za samodzielnym przygotowaniem chemii fotograficznych jest kilka. Jedną z nich, ale nie najważniejszą, jest znacznie niższy ostateczny koszt. Dużo istotniejszą wydaje się jednak powtarzalność, z którą wiąże się pełna kontrola nad procesem, czyli to co jest bardzo istotnym elementem świadomej fotografii analogowej. Składane samodzielnie D-76 zawsze będzie takie samo, czego niestety nie można powiedzieć z całą pewnością w przypadku chemii gotowych. Nie raz zdarzyło się, że producent poprawiał recepturę w celu uzyskania większej trwałości, energiczności, czy ze względu na możliwość redukcji kosztów, pozostając przy niezmienionej nazwie produktu bez informowania o tym użytkowników. Mamy też przykłady wycofania z oferty gotowej chemii i pozostawienie użytkowników, na przysłowiowym, lodzie. Warto też pamiętać o tym, że niektóre z produktów nie są łatwo osiągalne. Spróbujcie w kraju kupić wywoływacze oparte na pirokatechinie. W moim przypadku wiedza zdobyta dzięki książce Steva Anchella „The Darkroom Cookbook”1 chwilowo pozostanie jeszcze w sferze teorii, ale już sobie obiecuje, że jak wykończę zgromadzone zapasy spróbuję przejść na samodzielnie przygotowywaną chemię.
Przyczyną dla której wziąłem do ręki drugą z książek jest fakt, że jestem na etapie szykowania własnej ciemni z prawdziwego zdarzenia. Stosowne pomieszczenie zostało uwzględnione na etapie budowy domu, uzbrojone w odpowiednie instalacje. Pomału zbliża się etap wykańczania i wyposażania. Jest to dość wrażliwy temat ponieważ błędy popełnione w trakcie planowania i tworzenia zabudowy mogą odebrać całą przyjemność z pracy. Tutaj niezwykle pomocna okazuje się być pozycja przygotowana przez trójkę autorów nosząca tytuł „The New Darkroom Handbook”2. Ta nowość ma już blisko piętnaście lat, ale treści w niej zawarte w większości są nadal aktualne i pozwalają na ominięcie pułapek czających się na drodze do posiadania ciemni idealnej.
Tak więc mały chemik … oraz hydraulik, elektryk i stolarz. W takie role czasem trzeba się wcielić zajmując się na trochę bardziej poważnie ciemnią fotograficzną.
  1. Steve Anchell, The Darkroom Cookbook, Third Edition, Focal Press (2008), ISBN-13: 978-0240810553
  2. Joe DeMaio, Roberta Worth, Dennis Curtin, The New Darkroom Handbook, Second Edition, Focal Press (1998), ISBN-13: 978-0240802602

    Komentarze